Artykuł ten ukazał się pierwotnie w „Nowych Wiadomościach Wałbrzyskich” z 16 maja 2011 roku. To krótki wywiad, który przeprowadziłem z Katarzyną Matułą i Magdaleną Woch z Centrum Europejskiego w Książu. Bez  pomocy tych zacnych kobiet powstanie tego bloga nie byłoby możliwe.

Na zdjęciu Katarzyna Matuła i Magdalena Woch prezentują album z unikatowymi, niepublikowanymi do tej pory zdjęciami Hochbergów i ich służby. Foto: Krzysztof Kołowicz

Katarzyna Matuła oraz Magdalena Woch, zatrudnione w przedsiębiorstwie „Zamek Książ” z pasją i zaangażowaniem odtwarzają zamkowe archiwum. Ich poszukiwania, zdobycze i fascynacja historią są już dla obu młodych kobiet swoistym stylem życia, o którym mówią z radością w głosie i błyskiem w oku.

Stoicie Panie na straży skarbów, które dotarły w ostatnich latach do zamku. Proszę nam coś więcej o nich opowiedzieć ?

M.W. – Rzeczywiście mianowałyśmy się strażniczkami, niesamowitych naszym zdaniem skarbów. Od przeszło dwóch lat pracujemy nad odtworzeniem zamkowego archiwum. Przed II wojną światową, Książ posiadała imponujące zbiory archiwalne, które dziś powoli staramy się, oczywiście w miarę możliwości rekonstruować.

K.M – Nie chodzi nam tylko i wyłącznie o archiwalia, które znajdowały się tutaj do 1945 roku. Próbujemy odtworzyć losy ludzi związanych w przeszłości z zamkiem, zgromadzić pamiątki po nich i fotografie.

Co do tej pory udało się Paniom odnaleźć?

K.M.Trafiły do nas m. in. dwa albumy. Jeden z nich przez lata znajdował się w Kanadzie. Należał do wnuczki zamkowego kucharza z początku XX wieku. Drugi dotarł do nas niedawno z Niemiec, a wcześniej znajdował się w posiadaniu wnuczki zamkowego stangreta i pokojówki księżnej Daisy. Poza tym trafiają do nas prywatne listy, m.in. korespondencja synów Daisy, Hansla i Lexla, pochodzące z lat 80-tych ubiegłego stulecia czy liczne artykuły z prasy i archiwalne fotografie.

Obserwując Panie, widzę, że to już nie tylko praca, ale też pasja. Czy narodziła się ona w zamku?

-M.W. – Zwykłyśmy mawiać z Kasią, że zamek Książ, to rodzaj nieuleczalnej choroby, która jest zakaźna. Chyba wszyscy zamkowi pracownicy, bez względu na to co tutaj robią, cierpią na nią. Moje zainteresowanie Książem wzięło się z lekcji niemieckiego w I LO, kiedy pani profesor dała nam za zadanie przetłumaczenie starego, przedwojennego przewodnika po zamku.

Czy jest szansa na to, że jakieś rzeczy jeszcze „wypłyną”, że dotrą do nas nieznane listy i pamiętniki?

K.M.- Mamy nadzieję, że będzie tego więcej, tym bardziej, że osoby, które przekazały nam już swoje zbiory, widzą efekt ich wykorzystania, np. na wystawie czy w albumie. Cieszy ich to, że nie trafiły one do szuflady, ale cieszą i informują turystów odwiedzających Książ. Poza tym każdy kontakt jest ścieżką, do innych znajomości, choć zdajemy sobie sprawę, że pokolenie ludzi, którzy pamiętają przedwojenny Książ jest coraz starsze i mamy mało czasu.

M.W. –Zależały nam na tym, aby odwiedzający nas turysta zrozumiał historie Książa. Niestety z powodu zawieruch wojennych, zamek nie jest tak bogaty w zbiory jak Pszczyna (doskonale zachowana górnośląska rezydencja Hochbergów – przyp. red) i rzeczywiście zdarza się, ze ludzie kręcą nosem, że „niczego tutaj nie ma”. To oczywiście przesada, ale m.in. dlatego stworzyłyśmy stała wystawę „Sekrety zamkowej szuflady”.

Jak wyglądają wasze „historyczne łowy”?

M.W. – To wielka pasja. Na przykład do albumu Louisa Haourdina (zamkowego kucharza) dotarłyśmy bardzo krętą drogą. Właściwie przez rok był to okres poszukiwań po omacku. Od pana Kocha (autora niemieckiej monografii Książa) dowiedziałyśmy jak nazywa się syn pani, która ofiarowała nam ten album i przez niego trafiłyśmy do właścicielki. Zanim jednak do tego doszło, to nasze maile „błąkały” się po całym świecie. Czasami czujemy się jak w książce o Panu Samochodziku.

Wysłuchał MM

Reklamy